Cień pańszczyźnianego dworu: Dlaczego wciąż pijemy i myślimy jak byśmy mieszkali w folwarku?

Książka, o której chcę Wam dziś opowiedzieć, czekała na mnie na półce dobre kilka lat. Przez ostatnie pół roku zerkała na mnie z wyrzutem, przykryta warstwą kurzu i brakiem czasu.

Luty 2026 r., fot. Paweł Dudek

Kiedy jednak w końcu po nią sięgnąłem, lektura poszła błyskawicznie. Choć w całej publikacji nie znajdziemy ani jednego bezpośredniego wspomnienia o Radomsku, Przedborzu czy Gidlach, to podczas czytania miałem nieodparte wrażenie, że autor opisuje mechanizmy, które do dziś rezonują w naszej lokalnej tożsamości. Książka Kamila Janickiego pt. „Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa” ukazała się jakieś pięć lat temu, ale nadal wzbudza emocje.

Jako badacz historii regionalnej często skupiam się na datach, wydarzeniach i nazwiskach. Wiem też jednak, że czasem warto przyjrzeć się innym obszarom – mentalności, nawykom i codziennym odruchom, które odziedziczyliśmy po przodkach.

Śledzik w cieniu kontusza

Wątkiem, który rzucił mi nowe światło na nasze tradycyjne obyczaje, jest kultura picia alkoholu. Często myślimy o niej jako o elemencie swojskiego folkloru, tymczasem okazuje się, że nasze menu zakąskowe to… spuścizna ekonomicznego przymusu.

Wciąż niezwykle popularny w Polsce zwyczaj zagryzania wódki śledziem to owoc wiejskiej eksploatacji sprzed paru stuleci. Wśród kilku produktów, które szlachta szczególnie chętnie narzucała chłopom w karczmach, były właśnie śledzie lub ryby słodkowodne z pańskich stawów. Dziedzice dokładali starań, by chłop nie miał dostępu do jakiejkolwiek innej „zagrychy”. I choć dzisiaj wyboru nie brakuje, to wciąż realizujemy wolę dawnych sobiepanów w kontuszach.

W okolicach Radomska, gdzie stawy rybne i bliskość szlaków handlowych sprzyjały obrotowi towarowemu, karczma była zapewne nie tylko miejscem spotkań, ale przede wszystkim narzędziem „wyciskania” z chłopa ostatniego grosza. Nawet nasz współczesny rytm tygodnia ma w sobie coś z dawnego folwarku:

Zdaniem niektórych badaczy nawet sam obyczaj przepijania zarobków w soboty i niedziele można wyprowadzić ze wsi pańszczyźnianej. Tam robiono to przecież na długo przed tym, jak XX-wieczna gospodarka przyniosła z sobą idee weekendu.

Wódka jako waluta i mediator

W dawnej Rzeczpospolitej alkohol pełnił funkcję i sakralną, i prawną.

Wódką się dziękuje, wódką się przeprasza, wódka zastępuje walutę, gdy trzeba wynagrodzić sąsiadkowi szkodę lub okazać wsparcie. Bez czystej nie ma mowy o weselu, ale też chrzcinach, Bożym Narodzeniu czy Wielkanocy. Alkohol pije się na zgodę.

To właśnie ten mechanizm sprawił, że wódka stała się „walutą równoległą”. W miejscach, gdzie gotówka bywała rzadkością, wódka potrafiła załatwić więcej niż oficjalne pismo czy zapłata pieniężna.

Czy PRL to wygodna wymówka?

Najbardziej uderzająca jest jednak konstatacja dotycząca naszych wad narodowych i społecznych. Bardzo chętnie winimy okres Polski Ludowej za kombinatorstwo, brak szacunku do wspólnej własności czy nieufność wobec urzędów. Oczywiście PRL zrobił niesamowicie wiele złego, ale czy to ten okres jest w pełni winien tego jak niekiedy się zachowujemy? Autor książki brutalnie weryfikuje tę tezę, przypominając o proporcjach czasowych:

Wstręt do pracy, nieufność wobec wszelkiej władzy, podejrzliwość względem sąsiadów, skłonność do donosicielstwa, kombinatorstwo, bezradne rozkładanie rąk i biadolenie, pogarda szefów względem podwładnych, przekonanie, że drobna kradzież z firmy albo urzędu jest w pełni uzasadniona, przyzwyczajenie do łapownictwa… Wszystko to, co zwykle wrzucamy do jednego worka z etykietą dziedzictwo PRL ma w rzeczywistości znacznie głębsze korzenie. Polski eksperyment z socjalizmem trwał czterdzieści kilka lat. System pańszczyźniany – 400. Czy należy się więc dziwić, że wciąż tkwimy w okowach folwarcznej mentalności?

Kiedy patrzymy na naszą historię przez ten pryzmat, wiele zjawisk staje się jaśniejszych. Relacja „pan – poddany” po prostu zmieniła kostiumy, ale schemat pozostał ten sam. Czy to w fabrykach mebli z początku XX wieku, czy w powojennych zakładach przemysłowych, etos pracy i wzajemna podejrzliwość są echem czterystu lat pracy na pańskim.

Na koniec muszę jednak zaznaczyć – nie jest tak, że bezkrytycznie przyjmuję każdą tezę postawioną w „Pańszczyźnie” i wierzę w nią bezgranicznie. Socjologia historyczna bywa pociągająca, bo oferuje proste odpowiedzi na trudne pytania, ale wiem, że należy pamiętać o niuansach i lokalnych specyfikach, które często wymykają się tak szerokim uogólnieniom. Niemniej jednak uważam, że warto po tę książkę sięgnąć i przeczytać ją w całości, choćby po to, by przefiltrować jej argumenty przez własne doświadczenia, poglądy i obserwacje. Tylko pełna lektura pozwoli Wam zbudować własną, autonomiczną perspektywę na to, ile w nas dzisiaj jest z „dziedzica”, a ile z „chłopa”, nie ujmując żadnemu z nich.

Czy zauważacie w naszych lokalnych zwyczajach inne „powidoki” dawnego folwarku?