Zdjęcie, które można poczuć… Fameg

Są w Radomsku takie miejsca, w których mapa staje się zbędna, bo drogę wyznacza nie wzrok, a zmysły, prowadzące nas prosto pod wysokie ogrodzenie Famegu.

Maj 2025 r., fot. Paweł Dudek

Kiedy idzie się wzdłuż tych betonowych estakad suwnicy, w nozdrza uderza znajoma, niezwykle charakterystyczna nuta deszczowanego drewna, czyli aromat tak gęsty i swojski, że wydaje się przesiąkać wszędzie. Nie jest to zapach aż tak bardzo drażniący czy uciążliwy, przynajmniej dla mnie, lecz specyficzny, niemal nastrojowy kod genetyczny tego miejsca, który od dekad przypomina każdemu przechodniowi, że znajduje się w samym sercu meblowego imperium. Ten zapach to nic innego jak oddech historii, która zaczęła się w Radomsku jakieś 150 lat temu, gdy bracia Thonet postanowili rzucić wyzwanie prawom fizyki i giąć drewno w kształty, o jakich nikomu wcześniej w tej małej mieścince się nie śniło.

Patrząc przez siatkę na surowe konstrukcje fabryczne, trudno nie poczuć respektu przed tym gigantem, który przetrwał wojny i zmiany ustrojów, wciąż pozostając żywym, pracującym organizmem. To tutaj, w cieniu tych wysokich przęseł, wykuwała się potęga słynnych giętych krzeseł, które z radomszczańskich hal trafiały do kawiarni, restauracji, hoteli i domów w Wiedniu, Paryżu, Berlinie a nawet Nowym Jorku.

Spacer tą trasą pozwala poczuć techniczną skalę produkcji. Słychać tu stłumiony szum maszyn, a w powietrzu unosi się dowód ciągłości pracy, która zamienia surowe pnie w piękne meble. Dla obserwatora z zewnątrz to imponujący, industrialny krajobraz, ale dla Radomska to przede wszystkim silny fundament tożsamości i dowód na to, że miasto wciąż żyje swoim rzemieślniczym rytmem.

Dla mnie chyba nigdzie indziej historia polskiego przemysłu nie jest tak wyczuwalna – dosłownie!