Są na mapie naszych okolic miejsca, które dla postronnego turysty to po prostu ładne, leśne zakątki, ale dla tysięcy z nas, mieszkańców Radomska i okolic stanowią absolutną świętość. Miejsca, w których wspomnienia nie tyle ożywają, ile wręcz uderzają w człowieka z siłą letniej burzy. Jednym z nich jest Stanica Harcerska w Białym Brzegu.
Czerwiec 2026 r., fot. Paweł Dudek
Ostatnio spędziłem tam trzy dni. Już nie jako harcerz i choć nie miałem na sobie munduru, to, co poczułem, przekraczając linię lasu, było czystym, nieskażonym sentymentem.
Spójrzcie na to zdjęcie. Wszystko zaczyna się tutaj. Ta charakterystyczna, potężna drewniana brama wjazdowa to konstrukcja, którą w pamięci nosi chyba każdy, kto choć raz otarł się o radomszczańskie harcerstwo. A przecież takich osób w naszym mieście i powiecie są tysiące.
Wzniesiona z grubych, drewnianych bali, pokryta dwuspadowym dachem, przypomina wejście do jakiejś leśnej warowni albo baśniowej krainy. Na samym szczycie wieńczy ją drewniana wieżyczka, a pod nią dumnie prezentuje się wypalony w drewnie napis.
Dla mnie ta brama to nie jest zwykły element architektury, ale portal czasu. Przejście pod nią zawsze oznaczało jedno – zostawiasz za sobą szkołę, obowiązki, nudę miasta. Przechodzisz i stajesz się częścią czegoś większego.
Gdy wzrok powędruje na zdjęciu kawałek dalej, brama odsłania widok na charakterystyczny budynek o spadzistym dachu. To stołówka – absolutne, tętniące życiem serce Białego Brzegu. To tam nie tylko biegało się z menażkami na posiłki. Stołówka to przede wszystkim miejsce spotkań. Tam chroniliśmy się przed ulewami, tam rodziły się wielkie plany i tam poznawało się nowych ludzi. W jej wnętrzu kryje się kominek. Kto pamięta te wieczory? Przy blasku ognia nie tylko piekliśmy kiełbaski. To tam, przy trzaskających iskrach, toczyły się najwspanialsze rozmowy, snuto plany na przyszłość i śpiewano piosenki, które do dziś potrafią wycisnąć łzę z oczu.
Na stanicy znam chyba każdy kąt. Przez wiele lat przyjeżdżałem do Białego Brzegu, aby miło spędzać czas, ale też pracować. Nie potrafię zliczyć godzin, dni i tygodni spędzonych w tym lesie. Nie mam pewności, czy spałem w absolutnie każdym pokoju w murowanych pawilonach i w każdym z drewnianych domków, ale jedno jest pewne: gdziekolwiek się nie obrócę, z każdego metra kwadratowego tej ziemi patrzy na mnie jakaś historia. Tutaj pierwszy raz ktoś się zakochał, tam ktoś zdarł kolano, a tam do rana wartownicy pilnowali obozowego proporca.
Podczas mojego ostatniego, trzydniowego pobytu dopadł mnie jednak dziwny dysonans. Z jednej strony to dokładnie to samo miejsce, co 20 lat temu. Sosny szumią tak samo, niedaleko Pilica płynie tym samym korytem, a zapach sosnowego igliwia jest identyczny jak w mojej młodości. Z drugiej strony – wszystko wydaje się inne. Bogatsze o bagaż moich własnych życiowych doświadczeń, ale też dziwnie puste.
Na stanicy brakuje mi jednej, niezwykle ważnej postaci. Stefana Konia, wieloletniego administratora, dobrego ducha i stałego mieszkańca tego miejsca. Bez jego obecności, bez jego gospodarskiego oka i uśmiechu, Biały Brzeg wydaje się dziś niesamowicie cichy, wręcz senny.
I choć wiem, że to tylko chwilowe, bo już za parę tygodni, w wakacje, zjadą się tutaj głośne grupy zuchów i harcerzy, to ta obecna cisza skłoniła mnie do głębokiej refleksji.
Jest w Białym Brzegu jakaś niewidzialna siła. Coś, co nie pozwala o nim zapomnieć i co jakiś czas każe tu wracać, choćby na chwilę, by tylko popatrzeć na rzekę i przejść się leśną ścieżką. To specyficzny rodzaj nostalgii, którego nie potrafię do końca ubrać w słowa. To tęsknota za beztroską, za ludźmi, z których wielu rozjechało się po świecie, i za tą wersją nas samych, która wierzyła, że z harcerską piosenką na ustach można zmienić cały świat.
A jakie są Wasze wspomnienia z Białego Brzegu? Kiedy ostatnio tam byliście?
Zobacz podobne artykuły:
Zobacz podobne artykuły:






