Wspomnienia o „Zorzy” z ulicy Targowej

Spacerując dziś ulicami naszego miasta, nieplanowanie odbyłem podróż w czasie. Zatrzymałem się przy ulicy Targowej przed budynkiem, który dla wielu przechodniów jest pewnie tylko szarym punktem na mapie Radomska, ale dla mnie jest prawdziwym wehikułem pamięci. Sklep spożywczy „Zorza”.

8 marca 2026 r., fot. Paweł Dudek

Choć od lat tętni tam głównie cisza, w oknie wciąż jest mała tabliczka z charakterystyczną, niemal ikoniczną już czcionką. Patrząc na tę fotografię, trudno uciec od wrażenia, że czas w tym miejscu po prostu skapitulował. Ta niska, przysadzista bryła zwieńczona otokiem z niebieskiej blachy falistej to podręcznikowy przykład architektury handlowej schyłkowego PRL-u i kolorowych, choć chaotycznych lat 90. Szerokie betonowe schody, które dziś cierpliwie zarastają kępkami trawy, były kiedyś intensywnie użytkowane. To tutaj setki radomszczan przystawały na szybką pogawędkę, trzymając w dłoniach wypchane siatki.
Pamiętacie te drzwi? Były niemożliwie ciężkie, jakby strzegły jakiegoś skarbca. Po pokonaniu pierwszej bariery należało skręcić w prawo, by zmierzyć się z kolejnymi. Trzeba było trzymać je mocno, bo gdy uderzały o framugę echo niosło się po całej sali, ściągając na delikwenta karcące spojrzenia ekspedientek.

Wnętrze „Zorzy” było dla mnie, małego chłopca, pierwszym poligonem ekonomii. To tutaj, z mocno ściśniętymi w garści banknotami, uczyłem się wartości pieniądza. Kalkulacja była brutalna: czy wystarczy na lody, czy może lepiej postawić na tańszą gumę Turbo, ale za to z obrazkiem samochodu?

To właśnie w tej „Zorzy” zastała mnie wielka rewolucja, czyli denominacja złotego w 1995 roku. Dla dziecka był to proces wręcz magiczny. Moje miliony w portfeliku nagle, niemal z dnia na dzień, zaczęły kurczyć się do pojedynczych nominałów. Pamiętam tę konsternację przed sklepowymi półkami, gdy ceny nagle straciły cztery zera.

„Zorza” miała swój niepodrabialny kod zapachowy. Rano dominował aromat świeżego pieczywa z własnej piekarni. Ten chleb miał chrupiącą skórkę, której nie da się podrobić w dzisiejszych odpiekach z mrożonego ciasta. Do tego pączki z prawdziwą marmoladą, które znikały z tac w mgnieniu oka. Raz na kilka dni sklep wypełniał się zupełnie inną nutą, zapachem wędzonych ryb. Zresztą było tam mnóstwo produktów, których teraz próżno szukać gdziekolwiek indziej.

A Wy? Mieliście swój ulubiony sklep w Radomsku, zanim miasto zostało zdominowane przez wielkie sieciówki?